O policyjnych prowokacjach można sporo przeczytać w gazetach i obejrzeć w telewizji. Wyrażenie to ma najczęsciej pozytywne znaczenie, gdy na przykład funkcjonariusze rozbiją szajkę bandytów. Zdarza się jednak i tak, że sami zachowują się jak przestępcy i o tym tutaj.
wtorek, 30 sierpnia 2005
A w Wa-wie Sodoma z Gomorą

Tekst poniżej jest bardzo skrótowy i dotyczy korupcji w warszawskiej policji, która podobno przybrała gigantyczne rozmiary. Jak tylko dotrę do oryginalnego tekstu z "Gazety Polskiej" to go tutaj zamieszczę. Póki co tylko ta "zajawka".

 

źródło: INFORMACYJNA AGENCJA RADIOWA [30.08.2005]

 

Gang komendantów

 

"Gazeta Polska" twierdzi, że odkryła mechanizmy, które rządzą warszawską policją. Jak pisze tygodnik, władzę mają w niej skorumpowane kliki oficerów. "Gazeta Polska" pisze, ze piastują oni odpowiedzialne funkcje policyjne, mają dostęp do tajnych informacji, pobierają najwyższe wynagrodzenia, a mimo to regularnie dopuszczają się przestępstw. By je ukryć, wykorzystują swoje zawodowe pozycje i znajomości. Według tygodnika, jednak najbardziej niebezpiecznym zjawiskiem są przestępcze powiązania komendantów i wysokich oficerów z gangsterami. Tygodnik pisze, że często zostają oni bezkarni, gdyż policjanci niżsi rangą, którzy o tym wiedzą, wolą milczeć, by się nie narazać. "Gazeta Polska" przytacza przykład aspiranta z nadarzyńskiej jednostki. Wzywał on swoich podwładnych, by go odbierali pijanego z imprez, czy też od prostytutek. Ponadto próbował zatuszować przestępstwo. Przez wiele lat pozostawał bezkarny. Więcej - w artykule "Gang komendantów".

Przejdzie się to zmądrzeje

Nie od dziś wiadomo, że policjanci do uprzejmych ludzi nie należą. Jeśli nie wyda się odpowiedniego rozkazu, że na przykład mają być uśmiechnięci albo uczynni to nie ma co liczyć na ich dobre serce (zwłaszcza tych z prewencji). Nic więc dziwnego, że skoro żadna ustawa nie nakłada na nich obowiązku odwiezienia po badaniach psychologicznych osoby, którą sami na nie przywieźli, to tego nie uczynią. A że poszkodowany jest upośledzony to mieli pewnie jeszcze świetny powód do śmiechu po wysłaniu go na nocny, 40-kilometrowy spacer do domu.

 

źródło: GAZETA WYBORCZA [29.08.2005]

 

Policja nie pomogła upośledzonemu mężczyźnie

 

PRZEGLĄD PRASY. Policja nie pomogła upośledzonemu mężczyźnie wrócić do domu. Zrobili to zgodnie z... prawem - pisze "Słowo Polskie-Gazeta Wrocławska".

 

Ponad 40 kilometrów, i to na pieszo, musiał pokonać w drodze do domu Kazimierz Sobania z Żarek Średnich. Dzień wcześniej został zabrany przez policję na badania psychologiczne do Bolesławca. Mężczyzna nie miał jednak pieniędzy na bilet powrotny, więc wracał piechotą. Policja tłumaczy, że nie miała obowiązku, po badaniach, odwozić mężczyzny do domu...

 

- Brat kiedyś jechał rowerem wypity. Zatrzymała go policja. Teraz przyjechali po niego policjanci i zabrali go w związku z tą sprawą na badania do Bolesławca. Zostawili go tam. Wrócił na pieszo, dopiero na drugi dzień o 9.00 rano. Szedł całe popołudnie i noc. Przeszedł dziesiątki kilometrów. Był głodny i wyczerpany ś mówi Irena, siostra pana Kazimierza.

 

Problem polega na tym, że pan Kazimierz jest upośledzony umysłowo. - Jest niesamodzielny i mało zaradny w prowadzeniu własnych spraw. Obniżona sprawność pamięci. Niska zdolność uczenia się. Słownictwo ubogie. Mały zakres wiedzy o otaczającym świecień - czytamy w opinii psychologicznej na jego temat.

 

Rodzina mężczyzny ma pretensje do policji, że zostawiła go na pastwę losu i zignorowała ich prośby.

19:38, jimmy11 , inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Grunt to znajomości

Bo wszyscy w policji to jedna rodzina. Chętnie sobie pomagają i razem dzielą się łupami. A nawet jak kogoś  złapią, to koledzy mogą spać spokojnie. Bardzo ładnie to wszystko funkcjonuje.

 

źródło: GAZETA WYBORCZA [27.08.2005]

 

Były policjant wyłudził pół miliona od mafii

 

Złapano emerytowanego poznańskiego policjanta, który wyłudził pół miliona od mafii paliwowej. Obiecywał umorzenie śledztw. Prokuratura podejrzewa, że miał wspólników w policji, ale nie wie, jak ich dopaść

 

Przemysław A. karierę w policji zakończył w 1998 r. na stanowisku kierowniczym w poznańskim wydziale przestępczości gospodarczej. Na emeryturze dorabiał jako windykator w firmie ubezpieczeniowej.

 

Jest rok 2001. CBŚ prowadzi ogromne śledztwo przeciwko mafii paliwowej: podrabianie benzyny, oszustwa na akcyzie, być może morderstwa na zlecenie. Straty skarbu państwa - co najmniej ćwierć miliarda złotych. Funkcjonariusze podlegający CBŚ w Poznaniu tropią tzw. wątek wielkopolski tej afery.

 

Przemysław A. zaczyna bywać w firmach paliwowych, wokół których węszy CBŚ. Za pieniądze oferuje informacje ze śledztwa. Zapewnia, że ma świetne kontakty w CBŚ i policji, że załatwi nawet umorzenie. Jednemu z paliwowych bossów na początek donosi, że czeka go rewizja. Rzeczywiście - kilka tygodni później policjanci wchodzą do firmy. Z zeznań biznesmena: "On uwiarygodnił się w moich oczach jako człowiek, który może zahamować śledztwo. W jednym z marketów dałem mu 20 tys. zł.".

 

Nie zawsze chce pieniędzy. Od kolejnego biznesmena żąda informacji o innych firmach paliwowych. Biznesmen robi zdjęcia z ukrycia swoim kontrahentom, zapisuje numery rejestracyjne cystern, nagrywa rozmowy. Mało tego, zakłada kontrahentom teczki, które trafiają do Przemysława A. Dzięki temu były policjant mógł żądać pieniędzy od następnych firm fałszujących paliwo.

 

Prokuratura ustaliła, że w latach 2001-03 wyłudził blisko pół miliona złotych od co najmniej pięciu handlarzy paliwem. Zatrzymano go w kwietniu 2004 r. Chciał 200 tys. zł od biznesmena, który jednak nie uległ. Poszedł na policję.

 

Sprawą zajęła się prokuratura w Łodzi. Przez ponad rok utrzymywano ją w ścisłej tajemnicy. Na początku lata br. Przemysław A. został oskarżony przed sądem w Poznaniu o wyłudzenie pół miliona od mafii paliwowej.

 

Prokuratura szukała w policji wspólników Przemysława A., którzy dawali mu informacje. Daremnie. Rzecznik łódzkiej prokuratury Małgorzata Glapska-Dudkiewicz: - W naszej ocenie nie działał sam. Jego wiedza o tych śledztwach była wręcz drobiazgowa. Ale nie znaleźliśmy dowodów, że dzielił się pieniędzmi z policjantami, którzy prowadzili śledztwa paliwowe.

 

"Gazeta" dotarła do aktu oskarżenia. Przemysław A. jednemu z oskarżonych biznesmenów z dwumiesięcznym wyprzedzeniem zapowiedział, jakie dokładnie będzie miał zarzuty. I takie były.

 

Mechanizm przypomina tzw. spółdzielnię. Jak to działa? Policjanci prowadzący śledztwo wysyłają do podejrzanych pośrednika, który żąda łapówki. "Spółdzielcy" tuszują sprawę i dzielą się pieniędzmi.

 

Mimo wszystko biznesmeni, którzy płacili Przemysławowi A., poszli siedzieć. Policjant z poznańskiego CBŚ: - Śledztwa paliwowe miały priorytet, nie można ich już było zahamować.

 

W billingach telefonicznych Przemysława A. znaleziono numery telefonów kilku policjantów z wielkopolskiej wierchuszki, także nadzorujących paliwowe śledztwa. Zeznali, że znają Przemysława A., pijali z nim kawę, ale tylko wspominali stare czasy.

 

Policjant z CBŚ w Poznaniu: - Przemysław A. nie sypnie wspólników. Oni niczego nie powiedzą.

 

Łódzki prokurator: - Trafiliśmy na ścianę. Oskarżony wie, jak się zachować podczas przesłuchania. Jego koledzy policjanci też wiedzą.

 

Marek Wełna, krakowski prokurator koordynujący śledztwa paliwowe: - Wiem, że współpraca policjantów z grupami paliwowymi miała miejsce. Sam postawiłem zarzuty czterem funkcjonariuszom, którzy sprzedawali informacje za kilkaset tysięcy złotych. Chodziło o dokumenty, które znaleziono w siedzibie szczecińskiej spółki, a które wyciekły z katowickiej policji.

 

Prokuratura łódzka zamierza teraz sprawdzić wątek podobnej sprawy dotyczącej CBŚ w Poznaniu. Tamtejszy policjant Tomasz G. został w lipcu skazany na trzy lata więzienia za szantażowanie biznesmena z branży informatycznej. Obiecywał 180 tys. zł za umorzenie śledztwa.

 

[autor: Marcin Kącki]

piątek, 26 sierpnia 2005
Trepanacja czaszki policyjną pałką

Wiem, że pseudokibice to nie aniołki i czasami ciężko nad nimi zapanować, ale chyba są mniej brutalne metody niż rozwalanie głów. Zresztą w sprawie opisywanej poniżej nie jest takie oczywiste, że poszkodowany chłopak brał udział w jakimkolwiek dymie. Może po prostu policyjne agresory zaczęły pałować wszystkich, którzy im się nawinęli? Wcale bym się nie zdziwił.

 

źródło: GAZETA WYBORCZA [26.08.2005]

 

Nastolatek skatowany na meczu?

 

Szesnastoletni Adrian z Zamościa już czwarty dzień walczy o życie w lubelskim szpitalu. Prawdopodobnie skatował go w niedzielę policjant na III-ligowym meczu piłkarskim - w Świdniku Avia grała z Hetmanem Zamość. Doszło do bójki zamojskich pseudokibiców z policją. Nie wiadomo czy Adrian uczestniczył w zajściach. Poprosił policjantów o wezwanie pogotowia. Wieczorem nieprzytomny trafił na stół operacyjny. Lekarze przeprowadzili trepanację czaszki. Do wczorajszego wieczora nie odzyskał przytomności. Sprawą zajęła się prokuratura w Świdniku. Jednym z dowodów jest nagranie wideo z meczu, ale już po tym, jak Adrian został odwieziony do szpitala. Prawie minutowy film, można obejrzeć w internecie. Widać na nim brutalne zachowanie policjanta. Funkcjonariusz zostałzawieszony w czynnosciach służbowych, wszczęto przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne.

 

[autor: Tomasz Nieśpiał]

 

--

 

źródło: GAZETA WYBORCZA LUBLIN [25.08.2005]

 

Policjant pobił kibica - zobacz film

 

Kilkudziesięciosekundowy film z zarejestrowaną interwencją policjantów na meczu Avii Świdnik z Hetmanem Zamość pojawił się w czwartek w internecie. Film nagrali kibice Hetmana za pomocą telefonu komórkowego. Widać na nim dokładnie jak jeden z funkcjonariuszy brutalnie bije kibica

 

Podczas niedzielnego meczu w Świdniku ranny został 16-letni Adrian M. z Zamościa, który walczy o życie w lubelskim szpitalu. Kibice i matka Adriana utrzymują, że chłopaka pobił policjant w trakcie meczu. Śledztwo w tej sprawie wszczęła prokuratura. Jednym z dowodów jest nagranie wideo, które prezentujemy. Mimo, że śledczy dostali go we wtorek, jeszcze go nie obejrzeli. - Wszystko musi się odbyć zgodnie z przepisami, potrzeba odpowiedniego sprzętu, należy sporządzić protokół. A to może zrobić tylko organ prowadzący, jakim jest świdnicka prokuratura. Inaczej film nie mógłby być dowodem - wyjaśnia zastępca prokuratora rejonowego w Zamościu, Robert Przybysz. Prokuratura w Świdniku także jeszcze nie sprawdziła zawartości płyty, na której jest film.

 

Kilkunastosekundowe nagranie, które pokazujemy, przedstawia incydent, do którego doszło po meczu (już bez udziału Adriana). Policjanci eskortujący kibiców Hetmana, każą im wstać z trawnika i wejść do zaparkowanych obok autokarów. Jedna z grup ociąga się. Funkcjonariusze reagują brutalnie.

środa, 24 sierpnia 2005
Powrót figlarzy w mundurach

Jakiś czas temu (pół roku?) we Wrocławiu głośno było o tym, jak to na jednym z komisariatów funkcjonariusze urządzali sobie orgietki z młodą kobietą. Podobno obiecali jej pomoc w dostaniu się do szkoły policyjnej (po zmianie przepisów, o której pisałem wczoraj, to by nie przeszło). Aferę wykryto, panowie zostali odsunięci od służby a teraz wracają, a prokuratura wciąż bada sprawę. A jak bada to może kiedyś coś znajdzie?

 

źródło: SŁOWO POLSKIE / GAZETA WROCŁAWSKA

[24.08.2005]

 

Powrót figlarzy

 

Dziewięciu policjantów zawieszonych za seksaferę w komisariacie na osiedlu Psie Pole zostało przywróconych do służby.

 

Wczoraj odebrali służbowe pistolety i wrócili do pracy. Nikomu z szefostwa policji najwidoczniej nie przeszkadza to, że dziewięciu policjantów podejrzewanych o urządzanie orgii w komisariacie i zabawy z bronią będzie nadal nosić mundury.

 

Prokuratura nie postawiła jeszcze zarzutów żadnemu z funkcjonariuszy zamieszanych w obyczajową aferę. Ujawniła ją młoda wrocławianka, która twierdziła, że przez dwa lata uprawiała seks z pracownikami tego posterunku. Pokazała swoje zdjęcia, zrobione podczas tych orgii: pozuje w bieliźnie, z pistoletem przy pasie. "Studio fotograficzne" urządzili zaprzyjaźnieni funkcjonariusze. Oni też pozwolili jej na zabawy ze służbowym pistoletem. Już wiadomo, że przynajmniej w tej ostatniej kwestii młoda kobieta nie kłamała. Prokuratura ustaliła, że broń nie jest atrapą, a tłem dla pikantnych fotografii są pomieszczenia posterunku.

 

Wszyscy policjanci posądzeni o udział w tym procederze lub przynajmniej o świadomość tego, co się tam działo, wczoraj odebrali przydziałowe pistolety i legitymacje. Znów pracują. Z dużej chmury... Po opisaniu przez nas seksafery, w komisariacie przy ul. Kiełczowskiej komendant wojewódzki Andrzej Matejuk zawiesił dziewięciu policjantów. Dwóch ich przełożonych zwolnił. Od służby odsunięto tych, których dziewczyna wskazała jako swoich prześladowców lub świadków. Twierdziła, że była zmuszana do świadczenia usług seksualnych, biegała po alkohol, jeździła na patrole i na pikniki w ustronnych miejscach.

 

[autorka: Barbara Chabior]

19:42, jimmy11 , inne
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 sierpnia 2005
Coraz ciężej zostać gliną

W policji wprowadzono nowe zasady rekrutacji, które w założeniu mają sprawić, że do służby nie będą dostawać się idioci, którzy np. zdania po polsku sklecić nie potrafią. Zmiana weszła w życie na początku sierpnia, ale teraz akurat napisała o tym Gazeta Prawna więc i ja skorzystam z tej okazji i cytując artykuł, przypomnę o co dokładnie chodzi. A pod tekstem z Gazety Prawnej, notka z wrocławskiej Gazety Wyborczej o tym, jak to po zmianach ciężko znaleźć ludzi, którzy spełnialiby określone kryteria. Okazuje się, że ze 134 kandydatów tylko 39 zdało test zbliżony poziomem do liceum. Czy można przypuszczać, że ci, którzy pełnią obecnie służbę zdali by z lepszym wynikiem? Raczej nie. I nie zapowiada się, żeby miało być inaczej.

 

źródło: GAZETA PRAWNA [22.08.2005]

 

Kandydaci na policjantów dobierani na nowych zasadach

 

Po serii wydarzeń, które poważnie nadszarpnęły opinię o etycznych i zawodowych kwalifikacjach naszych policjantów - w tym m.in. po skandalach w łódzkim i poznańskim oddziale Centralnego Biura Śledczego - kierownictwo policji wprowadziło gruntowny lifting doboru kandydatów do służby. Jak wygląda nowy model naboru i kształcenia policjantów.

 

Od początku sierpnia 2005 r. kandydaci składają podania w komendach powiatowych i miejskich. Policja przyjmie nawet 2 tys. kandydatów; zostaną oni poddani nowym zasadom rekrutacyjnym - staną do konkursu otwartego (patrz ramka). Od ponad miesiąca nowe wymagania są również stawiane zatrudnionym już funkcjonariuszom oraz kadrze kierowniczej. Szkoleniom (podstawowym, specjalistycznym i dla absolwentów szkól wyższych) podlegają policjanci służby kryminalnej, śledczej, prewencyjnej oraz wspomagającej.

 

Tegoroczne rekrutacje będą przeprowadzane na podstawie nowych procedur, które weszły w życie od 1 lipca 2005 r. na mocy rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji z dnia 19 maja 2005 r. - w sprawie szczegółowych zasad prowadzenia postępowania kwalifikacyjnego w stosunku do osób ubiegających się o przyjęcie do służby w Policji (Dz.U. nr 97, poz. 822). Pierwszy etap szkolenia ma trwać rok i będzie się odbywać w jednej ze szkół policyjnych. Następnie kandydata przejmie wytypowana jednostka, w której będzie odbywać aplikację pod okiem "opiekuna", czyli doświadczonego funkcjonariusza. Kolejny rok to praca samodzielna. W zależności od oceny jej wyników kandydat pozostanie w służbie albo nie. Główny szef policji zapowiedział, że w doborze kadr z preferencji skorzystają osoby z wyższym wykształceniem, w szczególności absolwenci renomowanych uczelni.

 

W policji trwają prace nad wzmocnieniem kontroli wewnętrznej. Biuro Spraw Wewnętrznych, czyli "policja w policji", zatrudniło już dodatkowych 90 osób, czyli obecnie liczy 243 etaty policyjne. Komenda Główna Policji także chce, aby kandydaci do pracy w Centralnym Biurze Śledczym i Biurze Spraw Wewnętrznych poddani byli m.in. badaniom psychologicznym i symulacyjnym oraz byli sprawdzani wykrywaczem kłamstw (wariografem). Dla przejrzystości działania i usunięcia podejrzeń o korupcję oświadczenia majątkowe składaliby zarówno funkcjonariusze, jak i pracownicy cywilni policji. Proponuje się, aby kadencja na stanowisku komendanta głównego policji trwała 5 lat bez możliwości jej przedłużenia. Przewiduje się także daleko idącą autonomię komendanta głównego i komendantów wojewódzkich policji w powoływaniu i odwoływaniu swoich zastępców oraz bezpośrednich podwładnych. Policjanci, którzy trafią do rezerwy kadrowej, będą kształceni w kierunku menedżerskim i językowym.

 

Jakie testy czekają kandydatów

test z wiedzy ogólnej o administracji, bezpieczeństwie i porządku publicznym,

wywiad, który oceni umiejętności formułowania myśli, nawiązywania i podtrzymywania kontaktu, autoprezentacji i motywacji,

test psychologiczny (predyspozycje intelektualne i osobowość),

test na potwierdzenie rękojmi dochowania tajemnicy państwowej i służbowej.

 

Wymagane dokumenty

W toku całego postępowania kwalifikacyjnego kandydat składa w komórce ds. doboru w komendzie wojewódzkiej (stołecznej) policji następujące dokumenty:

podanie o przyjęcie do służby,

wypełniony kwestionariusz osobowy,

świadectwo pracy lub służby z poprzednich miejsc pracy lub służby,

potwierdzające posiadane wykształcenie i kwalifikacje zawodowe,

wypełnioną ankietę bezpieczeństwa osobowego,

informację o niekaralności z Krajowego Rejestru Karnego,

inne, jeżeli ich złożenie jest określone w ogłoszeniu.

 

[autorka: Janina Kotłowska - Rudnik]

 

--

 

źródło: GAZETA WYBORCZA WROCŁAW [23.08.2005]

 

Pokonani przez testy

 

Pogrom na pisemnym teście dla przyszłych policjantów - pisemny egzamin zdał zaledwie co trzeci kandydat

 

- Jak tak dalej pójdzie, możemy mieć problemy z obsadzeniem wszystkich etatów - martwią się policyjni kadrowcy. Na Dolnym Śląsku jest 180 wolnych miejsc.

 

Rekrutacja ruszyła 1 sierpnia, od tego czasu policyjne kadry przeżywają oblężenie. - Już mamy 900 zgłoszeń z całego województwa - mówi podkom. Paweł Szubert, kierownik Sekcji Doboru KWP.

 

Aż 19 chętnych ubiega się o miejsce w Trzebnicy. Najgorzej jest w Wałbrzychu, Lwówku Śląskim i Lubaniu. Tam na jedno miejsce przypada średnio jeden kandydat.

 

Kto może zostać policjantem? Trzeba mieć co najmniej średnie wykształcenie, ale poszukiwane są osoby po studiach i nie starsze niż 35 lat.

 

Kandydaci najpierw składają komplet dokumentów i mają rozmowę wstępną, później piszą test z wiedzy ogólnej i zdają egzamin sprawnościowy. Dolnoślązacy zdają egzaminy w szkole policyjnej w Katowicach.

 

Sprawdzian z wiedzy ogólnej obejmuje 40 pytań z zakresu Konstytucji RP, funkcjonowania administracji publicznej, wiedzy o Polsce i świecie współczesnym oraz nauki, techniki, sztuki i kultury. - To wiedza na poziomie szkoły średniej - zapewnia Alicja Hytrek, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji.

 

W weekend do Katowic pojechała pierwsza grupa. Miała liczyć 150 osób, ale kilkanaście zrejterowało. Ostatecznie test pisało 134 kandydatów. - Zaliczyło tylko 39, a po teście sprawnościowym zostało już tylko 26 osób - wylicza Leokadia Czerwińska, naczelnik Wydziału Kadr KWP we Wrocławiu.

 

Wyniki zaskoczyły kadrowców. - Wiedzieliśmy, że będzie selekcja, ale nie sądziliśmy, że odpadnie aż tyle osób - mówi Czerwińska.

 

Czy to oznacza, że trzeba będzie zorganizować dodatkowy nabór? - Nie wpadałabym w histerię. To dopiero pierwsze testy. Wielu zdających nawet nie kryło, że się nie przygotowało - mówi mł. insp. Elżbieta Rusinowicz-Łojewska, naczelnik Wydziału Doboru Kadr Komendy Głównej Policji. - Będziemy się martwić dopiero, gdy tak złe wyniki będą się powtarzać - ale poczekajmy do połowy listopada.

 

[autorka: Karolina Łagowska]

19:49, jimmy11 , inne
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2005
Historia jakich wiele

Poniżej przytaczam historię, którą równie dobrze mógłbym sam opowiedzieć (zmieniając oczywiście miejsce, datę i tym podobne szczegóły). Policja ściga tych, których jest łatwiej / wygodniej / bezpieczniej schwytać. Po co zabierać się za prawdziwych bandytów, jeśli można bogu ducha winnym ludziom dowalić mandacik za picie piwa albo plucie na ulicę a punkty i tak lecą. O czymś podobnym był wpis z 8 sierpnia. Ciekawe jaką kategorię dla podobnych przewinień stworzyć? Lenistwo?

 

źródło: Hype.pl [21.08.2005]

 

Komu służy policja?

 

Noc z soboty na niedzielę w Gdańsku - jedna z ostatnich nocy Jarmarku św. Dominika. W okolicach Złotej Bramy totalnie pijane "dresy" rozbijają butelki przechodniom pod nogami. W tym samym czasie, po drugiej stronie ulicy przy Dworcu Głównym, policjantka w asyście SOK-isty wlepia mandat za picie piwa studentowi i studentce czekającym spokojnie na autobus nocny.

 

Jarmark św. Dominika to flagowa impreza letnia Gdańska, ściągająca co roku tysiące turystów. Nic więc dziwnego, iż zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom to jeden z głównych priorytetów miasta. Dziwi jednak niezmiennie, iż tzw. "stróże prawa" upatrują zagrożenia przede wszystkim w osobach nieagresywnych. Np. wśród studentów, którzy (o zgrozo!) zapragnęli napić się browaru przed odjazdem do domu. A jak wiadomo, nie ma w Polsce nic bardziej niebezpiecznego niż chłopak i dziewczyna uzbrojeni w dwie puszki piwa Tyskie!

 

Spróbuj, człowieku, się z tym nie zgodzić, tak jak uczynił to jeden ze świadków opisywanego zdarzenia, który grzecznie zwrócił uwagę pani policjant, że nie zajmuje się chyba tymi osobami, co powinna. W odpowiedzi usłyszał uprzejme "niech się pan nie wtrąca", które w przypadku dalszej konwersacji mogło być potraktowane jako preludium do otrzymania mandatu za obrazę funkcjonariusza.

Jednakże nie powinniśmy tutaj zbytnio demonizować pani funkcjonariusz - podczas dalszej rozmowy okazało się, jak wielce dramatyczne jest jej położenie. Z jednej strony zdaje sobie sprawę z tego, iż wiele rzeczy w Polsce jest bezsensownych. Np. strasznie wkurzył ją Kaczyński za łamanie praw konstytucyjnych poprzez zakazanie Parady Równości i jakby mogła, to by mu "coś zrobiła", ale nie jest w stanie, gdyż jest tylko szarą policjantką i wychylać się nie może. Albo przypadek tzw. "żuli", zwykle bez stałego miejsca zamieszkania. Zgodnie z przepisami pani policjant może od nich wziąć tylko mandat gotówkowy, jeśli pieniędzy nie mają (a zwykle tak jest) to skierować na 2 dni robót publicznych, na które zapewne się nie stawią. Więc jak ich złapie ponownie, pozostaje zamknięcie do pierdla na 48 godzin, co w ich przypadku jest prezentem, gdyż mają ciepłe lokum do spania.

 

Widzimy więc, iż przy wlepianiu mandatów za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym (w wysokości 100 zł) pani funkcjonariusz ma już wszystko dokładnie przeanalizowane, dzięki czemu wybiera najłatwiejszy z celów. Polska tym samym jest krajem, gdzie głównymi zmartwieniami, obok źle zaparkowanych samochodów, są pijący piwo studenci.

Pani policjantce można chyba tylko współczuć - swoją bezmyślnością utrwala niezbyt pozytywny obraz policji - ze znanym hasłem "CHWDP", pisanym zwykle przez społeczny margines, coraz częściej utożsamiać się mogą zwykli ludzie, którzy z łamaniem prawa nie mają nic wspólnego - oczywiście, nie licząc ciężkiego przestępstwa, jakim jest spożywanie napoju alkoholowego na ulicy.

 

Niedługo po tym spod Dworca Głównego odjechały nocne autobusy. Podróż pasażerom uprzyjemniały wrzeszczące grupy napitych "dresów" nie tylko żłopiące piwo, ale również palące w autobusie papierosy. Naszej pani funkcjonariusz (ani żadnego z jej kolegów) już tam nie było. Zapewne zajęci byli wypisywaniem mandatu następnym, "agresywnym" ludziom...

 

O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy rzecznika prasowego KWP w Gdańsku. Do sprawy wrócimy po otrzymaniu odpowiedzi.

 

[oprac.: Randall / Hype.pl]

20:13, jimmy11 , inne
Link Komentarze (1) »
czwartek, 18 sierpnia 2005
C.d. o Stargardzie, czyli czeski film

W sprawie stargardzkiego funkcjonariusza, który pod wpływem alkoholu potrącił troje dzieci, dalej nie wiadomo czy w chwili spowodowania wypadku był zatrudniony czy nie. Całą masę niejasności prawdopodobnie przypłaci głową komendant miejski policji. Wszystko jest dokumentnie zagmatwane.

 

źródło: INTERNETOWE FORUM POLICJI [17.08.2005]

 

Komendant na dywanik

 

Komendant wojewódzki policji Andrzej Gorgiel wszczął postępowanie dyscyplinarne przeciwko komendantowi stargardzkiej policji. Chodzi o sprawę zwolnienia policjanta, który podczas festynu motoryzacyjnego po pijanemu ranił troje dzieci

 

Niedopełnienie obowiązku wynikającego z nadzoru nad pracą jednostki - tak brzmi zarzut wobec insp. Konrada Adamiaka, komendanta stargardzkiej policji. - Komendant wojewódzki zapoznał się z materiałami dotyczącymi okoliczności zwolnienia Artura W. i postanowił wszcząć postępowanie dyscyplinarne przeciwko komendantowi ze Stargardu - poinformował wczoraj Maciej Karczyński z biura prasowego KWP.

 

Sprawa dotyczy dwudziestopięcioletniego Artura W., który w niedzielę 24 lipca podczas festynu motoryzacyjnego, mając we krwi 2,5 promila alkoholu, wziął udział w konkursie jazdy dla amatorów. Podczas wykonywania manewrów stracił panowanie nad autem i wjechał w opony, za którymi stała publiczność. Ranił trójkę chłopców. Miał przy sobie policyjną legitymację.

 

Do dziś niejasne pozostają okoliczności zwolnienia Artura W. ze służby. Opisaliśmy je w piątek ("W statystyce będzie ładnie", "Gazeta Wyborcza" 12 sierpnia 2005). - Pan W. napisał raport z prośbą o zwolnienie ze służby z dniem 23 lipca. Rozkazem z dnia 25 lipca komendant Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie przychylił się do jego prośby i Artur W. został zwolniony z dniem 23 lipca - mówił wtedy "Gazecie" pełniący obowiązki rzecznik prasowy KPP Stargard kom. Adam Dąbrowski.

 

Mł. insp. Maciej Zieliński, zastępca komendanta stargardzkiej policji, w rozmowie z nami powiedział, że Artur W. napisał ten raport kilka dni przed wypadkiem. Wczoraj stwierdził, że było inaczej. Zaprzeczył, że mówił o raporcie pisanym kilka dni przed wypadkiem. - Musieliśmy się źle zrozumieć - skwitował.

 

Aktualna wersja jest taka: Artur W. napisał raport w niedzielę, zaraz po wypadku. Prosił w nim, żeby zwolnić go ze służby z dniem 23 lipca. Czy pijana osoba może napisać taki raport? - Artur W. był komunikatywny - tłumaczy Dąbrowski. - Nie było przeszkód, żeby to zrobił.

Dlaczego Artur W. nie został zwolniony 25 lipca, w dniu kiedy rzeczywiście komendant podjął decyzję w tej sprawie? Na to pytanie nie uzyskaliśmy odpowiedzi.

 

Sprawą zwolnienia Artura W. zajmie się również prokurator, który sprawdzi, czy nie zostało popełnione przestępstwo poświadczania nieprawdy w dokumentach. n Cytując w tekście "W statystyce będzie ładnie" zastępcę komendanta Macieja Zielińskiego, odtworzyłam wiernie jego wypowiedź. Nie ma więc mowy o "złym zrozumieniu się". O co zatem chodzi? W tej chwili z dokumentów wynika, że wypadku nie spowodował policjant. W statystyce dotyczącej policjantów, którzy popełnili przestępstwo, nie będzie więc Artura W. Poza tym, gdy policjant odchodzi na własną prośbę, ma prawo do trzymiesięcznej odprawy i ekwiwalentu za niewykorzystany urlop. Takich przywilejów nie ma w przypadku zwolnienia dyscyplinarnego. Notabene: każdy policjant wie, że pijany człowiek nie może zeznawać i składać wyjaśnień. Pijanych najpierw odsyła się do wytrzeźwienia. Jest oczywiste więc, że Artur W. nie powinien tuż po wypadku pisać raportu z prośbą o zwolnienie.

 

[autorka: Katarzyna Świerczyńska / Gazeta Wyborcza]

13:53, jimmy11 , inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2005
Funkcjonariuszem był, ale nie do końca

W policji tak jak w każdym zawodzie, trzeba mieć znajomości. Nawet jeśli pod wpływem alkoholu spowoduje się wypadek, to i tak można liczyć na to, że zwolnienie z pracy zostanie wystawione z nieco wcześniejszą datą, dzięki czemu "uratuje się" kilka pensji.

 

źródło: INTERNETOWE FORUM POLICJI [13.08.2005]

 

Cuda w stargardzkiej policji

 

Policjant, który po pijanemu wjechał w trójkę dzieci, w dniu wypadku nie był już policjantem - tak wynika z dokumentacji dotyczącej jego zwolnienia. Dzięki temu może liczyć na wypłatę kilku pensji.

 

25-letni policjant Artur W. w niedzielę 24 lipca podczas festynu motoryzacyjnego w stargardzkim Kluczewie wystartował w konkursie jazdy dla amatorów. Nikt nie zorientował się, że jest pijany. Podczas pokonywania prostego, zdaniem organizatorów festynu, slalomu z nawrotem stracił panowanie nad pojazdem i wjechał w opony, za którymi stała publiczność. Ranił trójkę chłopców w wieku 11 i 12 lat. Został zatrzymany, badanie alkotestem wykazało 2,5 promila alkoholu we krwi. Miał przy sobie legitymację policyjną. Na drugi dzień prokurator przedstawił mu dwa zarzuty - prowadzenia samochodu po pijanemu i sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym. Obecnie Artur W. przebywa w areszcie.

 

Kilkanaście minut po zdarzeniu na lotnisku rzecznik prasowy stargardzkiej policji potwierdził, że wypadek spowodował policjant. Niespełna dwie godziny później rzecznik prasowy KWP podał informację, że Artur W. został zwolniony z pracy. Media podały informację o pijanym funkcjonariuszu, który podczas festynu wjechał w publiczność i został wyrzucony z pracy. Policja nie sprostowała jej potem jako nieprawdziwej.

 

Z dokumentów dotyczących zwolnienia Artura W. wynika jednak, że nie był on policjantem już od soboty. Jak to możliwe? - Pan W. napisał raport z prośbą o zwolnienie ze służby z dniem 23 lipca. Rozkazem z dnia 25 lipca komendant Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie przychylił się do jego prośby i Artur W. został zwolniony z dniem 23 lipca - poinformował wczoraj kom. Adam Dąbrowski pełniący obowiązki rzecznika prasowego stargardzkiej policji. - Nic więcej na temat tej sprawy nie mogę powiedzieć.

 

Na temat zwolnienia Artura W. rozmawialiśmy z mł. insp. Maciejem Zielińskim, zastępcą komendanta powiatowego policji w Stargardzie. - Został zwolniony na własną prośbę. Kilka przed wypadkiem napisał raport o zwolnienie - mówił Zieliński. - Artur W. nosił się wcześniej z zamiarem odejścia z policji, wiem, że miał na oku lepiej płatną pracę. Sprawa z wypadkiem to akurat zbieg okoliczności. Gdyby nie ten raport, zostałby zwolniony dyscyplinarnie. Zrobił źle - nie ma znaczenia, czy w tym momencie był policjantem, czy nie.

 

Okazuje się jednak, że to może mieć znaczenie. - Tak się robi dla statystyk - powiedział nam policjant ze Stargardu (chce pozostać anonimowy). Nasz rozmówca przyznał również, że takie praktyki są czymś normalnym i że "zawsze się tak robi" - w statystykach mówiących o policjantach, którzy popełnili przestępstwo, nie będzie już Artura W. Poza tym funkcjonariuszowi zwolnionemu dyscyplinarnie nie przysługują pewne prawa, które ma policjant zwolniony w normalnym trybie. Zgodnie z Ustawą o policji funkcjonariusz, który zwalnia się ze służby, otrzymuje odprawę w wysokości co najmniej trzech pensji oraz ekwiwalent pieniężny za niewykorzystane urlopy i niewykorzystany czas wolny od służby. Jeżeli wobec policjanta zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne, zostaje zawieszony w służbie i w tym czasie przysługuje mu jedynie 50 proc. pensji.

 

Okoliczności zwolnienia Artura W. zbada stargardzka prokuratura. - Dopóki nie będziemy mieli wszystkich dokumentów dotyczących tej sprawy, nie mogę mówić o naruszeniu prawa w kontekście konkretnego paragrafu - mówi Adam Szurek, prokurator rejonowy w Stargardzie.

 

[autorka: Katarzyna Świerczyńska / Gazeta Wyborcza]

21:28, jimmy11 , inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 sierpnia 2005
Tym razem tylko policja winna

Szczęśliwy finał historii ojca oskarżonego o stawianie oporu policji, podczas odbierania mu córki. Sąd uznał, że to funkcjonariusze działali wbrew prawu. Zawsze gdy podczas kontroli osobistej pytam ich o przyczynę podjęcia czynności służbowych, jednym tchem wyrzucają z siebie wyuczoną formułkę, o takiej a takiej ustawie z tego i tego roku. Widać nie we wszystkim są tak obkuci. Ciekawe jakie konsekwencje zostaną wobec nich wyciągnięte? Dodatkowe szkolenia z zakresu prawa to minimum.

 

źródło: GAZETA WYBORCZA WROCŁAW [16.08.2005]

 

Sąd uniewinnił oskarżonych o stawianie oporu policji

 

Policja działała bezprawnie, zabierając siłą pięcioletnią córkę Piotrowi Ciuce - orzekł we wtorek wrocławski sąd. Ale to Ciuka i jego matka siedzieli na ławie oskarżonych. Bo próbowali przeszkodzić policjantom. Zostali uniewinnieni

 

- Funkcjonariusze naruszyli wszystkie możliwe przepisy - uzasadniał Paweł Chodkowski, sędzia Sądu Rejonowego Wrocław Śródmieście. - Nie mieli podstawy prawnej do odebrania dziecka, które znajdowało się wówczas pod opieką ojca. Co więcej, sytuacja nie uzasadniała aż takiej interwencji. Prawem oskarżonych było, by działaniom policjantów powiedzieć "nie" - stanowczo stwierdził sędzia.

 

Dramatyczne wydarzenia miały miejsce we wrześniu 2002 roku. Policjanci z komisariatu przy ul. Grunwaldzkiej przyszli do domu Ciuki i siłą zabrali mu córkę. Poprosiła ich o to skonfliktowana z nim matka dziecka. Na komisariat przyniosła zarządzenie o tymczasowym przyznaniu jej opieki nad dzieckiem. Ale ten dokument nie upoważniał policji do jakichkolwiek działań. Konieczne jest do tego zarządzenie sądu o odebraniu dziecka, a takiego nie było. Zresztą i to by nie wystarczyło. Bo córki Piotrowi Ciuce policja samodzielnie odebrać nie miała prawa w ogóle. Uprawniony jest do tego jedynie kurator, któremu dodatkowo musi asystować matka dziecka. I dopiero on, gdy napotka trudności, może prosić o pomoc policję. Do mieszkania Piotra Ciuki nie przyszła ani matka dziewczynki, ani kurator. Tylko policja.

 

Ciuka wiedział, że funkcjonariusze działają bezprawnie. Postanowił się bronić. Zablokował drzwi, a gdy zostały sforsowane, szarpał się z interweniującymi funkcjonariuszami. W walce wzięła udział jego matka - babcia dziewczynki.

 

Prokuratura domagała się dla nich po pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata i grzywnę po 200 zł. Po wtorkowym uniewinniającym wyroku prokuratorka, która zastępowała w sądzie będącą na urlopie autorkę aktu oskarżenia, niechętnie rozmawiała z dziennikarzami. Nie zapowiedziała apelacji. - Dopiero po otrzymaniu uzasadnienia wyroku zastanowimy się, czy ją złożyć - powiedziała.

 

Piotr Ciuka natomiast zapowiedział złożenie doniesienia na policjantów.

 

- To oni są prawdziwymi przestępcami - mówił wzburzony tuż po wyjściu z sali sądowej. - Bo ktoś, kto składa doniesienie o przestępstwie, wiedząc, że nie zostało popełnione, sam popełnia przestępstwo. Tak jest w kodeksie karnym - uzasadnił.

 

Do dziś jego córka jest pod opieką matki.

 

[autor: Marian Maciejewski]

23:39, jimmy11 , inne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Smosarski.pl - dość represji za działalność społeczną!

Popieram Anarchizm

Innovation delivered