O policyjnych prowokacjach można sporo przeczytać w gazetach i obejrzeć w telewizji. Wyrażenie to ma najczęsciej pozytywne znaczenie, gdy na przykład funkcjonariusze rozbiją szajkę bandytów. Zdarza się jednak i tak, że sami zachowują się jak przestępcy i o tym tutaj.
Kategorie: Wszystkie | alkohol | humor | inne | korupcja | nieprawidłowości | po służbie | powiązania | przemoc
RSS
wtorek, 05 września 2006
Kraków: zlecił zabójstwo kolegi

źródło: IFP [04.09.06]

Krakowski sąd rozpoczął proces przeciw Jerzemu K., byłemu policjantowi, który - zdaniem prokuratury - zlecił zabójstwo kolegi. Wszystko dlatego, że chciał adoptować jego 10-letnią pasierbicę.

Jak ustalono, 53-letni nadkom. Jerzy K., biegły sądowy i pracownik laboratorium kryminalistycznego KWP w Krakowie, zainteresował się 10-letnią córką konkubiny swojego kolegi Jacka F.

Jerzy K. poznał dziewczynkę, kiedy przyszła w odwiedziny razem z Jackiem F. Dziewczynka zrobiła na nim duże wrażenie, spodobała mu się jej wrażliwość i inteligencja - i postanowił ją adoptować. Jego własne dzieci są już dorosłe.

Były policjant, 53-letni nadkom. Jerzy K., biegły sądowy i pracownik laboratorium kryminalistycznego KWP w Krakowie, otoczył dziecko opieką, przyjmował w domu, gdzie jego żona pomagała jej w nauce, organizował zajęcia hippiczne. Obiecywał sfinansowanie operacji niepełnosprawnej siostry dziewczynki - w razie wyrażenia przez rodzinę zgody na adopcję dziewczynki.

A jednak, ani matka dziewczynki, ani jej konkubent Jacek F. nie chcieli się zgodzić na adopcję. Policjant coraz bardziej osaczał ich, miał nawet zorganizować na ich mieszkanie napady rabunkowe. Wszystko po to, by wykazać, że nie są w stanie się opiekować dziećmi.

Doprowadził do tego, że rodzina Jacka F. poczuła się zagrożona. W efekcie konkubina Jacka F. trafiła z czwórką dzieci do ośrodka interwencji kryzysowej, on sam wrócił do rodziny, a dziewczynka zamieszkała u Jerzego K. i jego żony.

Pod koniec czerwca 2004 roku trzej mężczyźni kierowani przez Jerzego K. porwali z przystanku Jacka F., pobili go, umieścili w bagażniku samochodu, po czym podjechali pod siedzibę Wojewódzkiej Komendy Policji. Tam do auta zszedł Jerzy K. i odgrażał się Jackowi F., po czym wrócił do pracy.

W końcu - obawiając się dekonspiracji - wydał polecenie zabójstwa ojczyma dziecka. Zlecenie wykonano. Nagie zwłoki Jacka F., skrępowane drutem i obciążone pustakami, wyłoniono na początku lipca 2004 roku ze zbiornika w Rożnowie. Dzięki nieostrożnemu użyciu telefonu ofiary przez jednego ze sprawców, zeznaniom świadków zdobytym dzięki programowi telewizyjnemu "997" prokuratura mogła stopniowo odkrywać szczegóły, przebieg wydarzeń i kolejnych podejrzanych.

Po nim miała zginąć jego partnerka lub - jak wynika z materiału dowodowego - "pozostać na wózku inwalidzkim tak, by nie mogła sprawować opieki nad dziewczynką".

Jerzy K. i Jacek F. znali się od blisko 20 lat. Jerzy K., który w toku śledztwa przeszedł na policyjną emeryturę, nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów i nie odnosił się do zarzutów. W toku śledztwa był badany przez biegłych lekarzy, którzy nie kwestionowali jego poczytalności. Prokuratura zapowiedziała, że będzie się domagać dla niego kary dożywocia.

wtorek, 08 sierpnia 2006
Sporna rysa

źródło: MEDIA.WP.PL [8.08.06]

Zostałyśmy potraktowane jak groźni przestępcy - mówią "Słowu Polskiemu Gazecie Wrocławskiej" Karolina Nawotka i jej matka Anna Sadowska. Wszystko przez to, że podobno porysowały prywatny samochód policjanta.

Annie Sadowskiej postawiono zarzut umyślnego uszkodzenia mienia. Porysowanego auta do dzisiaj nikt jej nie pokazał. Wie tylko, że policja pierwotnie wyceniła szkody na 300 zł, a potem na 600 zł. Sadowska płacić nie chce. Uważa, że jest ofiarą zmowy mundurowych. Złożyła skargę do komendanta wojewódzkiego policji.

Wszystko zaczęło się na parkingu przed jednym z wrocławskich hipermarketów, gdzie obie kobiety robiły zakupy. Karolina Nawotka podejrzewa, że wysiadając z samochodu mogła stuknąć drzwi pojazdu stojącego obok. Pewności jednak nie mam, bo nie słyszałam uderzenia - tłumaczy. Okazało się, że był to samochód jednego z dzielnicowych komisariatu Wrocław-Fabryczna. Policjant sprawy komentować nie chce. Trwa dochodzenie - ucina rozmowę.

Włożyłyśmy zakupy do auta - relacjonuje Sadowska. Odprowadziłam wózek i odjechałyśmy. Na parkingu nikt nie próbował nas zatrzymać - dodaje. Chwilę później kobiety hamowały z piskiem opon. Jakiś mężczyzna zajechał im drogę. Krzyknął, że wzywa policję. Po kilku minutach na miejsce przyjechało aż sześciu mundurowych.

Policja przedstawia inną wersję wydarzeń - pisze gazeta. Funkcjonariusz, który przyjechał do sklepu z żoną, chciał zaparkować samochód. Kobiety wyładowywały wtedy z wózka zakupy do swojego auta. Spytał je, kiedy odjadą. Odparły: Mamy czas. I tak doszło do sprzeczki. Dzielnicowy zaparkował obok kobiet. Odchodząc w kierunku marketu, odwrócił się. Zobaczył, że młodsza kobieta pochyla się nad jego autem i wykonuje ruchy ręką. Tak jakby kluczykami rysowała po drzwiach - mówi asp. Wojciech Wybraniec z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Mężczyzna zawrócił i zobaczył na swoim aucie rysę. Kobiet na parkingu już nie było, więc zadzwonił na policję.

Do komisariatu Wrocław Stare Miasto przy ul. Trzemeskiej Anna Sadowska dowieziono radiowozem. Jej córka Karolina jechała swoim autem w asyście funkcjonariusza - policjanci bali się, że ucieknie. Postawiono jej zarzut umyślnego uszkodzenia mienia. Matkę Karoliny przesłuchano w charakterze świadka - informuje "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska".

wtorek, 01 sierpnia 2006
Złodziej zostanie wyrzucony z pracy

źródło: RMF FM [01.08.06]

Policjant z Mysłowic, który na urlopie pobił i okradł dwóch młodych mężczyzn, zostanie zwolniony z pracy. Funkcjonariusz jest zatrzymany, a w ciągu najbliższych godzin rozstrzygnie się, czy zostanie tymczasowo aresztowany. Aresztu chce prokuratura, aby spokojnie doprowadzić śledztwo do końca.

Wprawdzie formalnej decyzji jeszcze nie ma, ale mężczyzna - jak dowiedział się nasz reporter - zostanie wyrzucony z policji. Wszystko rozstrzygnie się, gdy do komendy w Mysłowicach dotrą urzędowe informacje z prokuratury w Piotrkowie Trybunalskim.

Dodajmy, że policjantowi zarzuca się rozbój i kradzież. Funkcjonariusz razem ze swoim znajomym wywieźli do lasu w bagażniku samochodu dwóch młodych mężczyzn, pobili ich i ukradli telefon komórkowy.

poniedziałek, 10 lipca 2006
Życie policjanta po służbie

źródło: RMF FM [10.07.06]

Zamiast odpoczywać, co trzeci policjant po zdjęciu munduru rusza z powrotem do pracy. Poza etatem gliniarze są prywatnymi ochroniarzami, detektywami i bramkarzami w dyskotekach. Wielu odzyskuje długi, rozwozi pizzę, a nawet naprawia krany - pisze gazeta "Metro".

Jacek, sierżant z komendy na północy Polski, zarabia 1,5 tys. zł miesięcznie. Na utrzymaniu ma żonę i dwoje dzieci. Policyjnej pensji starcza im zwykle na dwa, trzy tygodnie, dlatego Jacek chętnie chwyta się dodatkowych zajęć. Ostatnio najczęściej dorabia jako bramkarz w dyskotekach. Za jedną noc dostaje 150 zł. - W miesiąc mogę dorobić nawet 600 zł. - zdradza.

Szef Jacka nie zgadza się, żeby jego ludzie pracowali jako bramkarze. Dlatego sierżant tak jak koledzy pracuje na czarno. Jeden na drugiego nie doniesie. - Mamy umowę, że nie tolerujemy tylko tych, którzy biorą łapówki - twierdzi Jacek.

W Polsce jest prawie 100 tys. policjantów. Z szacunków mundurowych wynika, że dorabia tak nawet co trzeci z nich. Są prywatnymi ochroniarzami, detektywami, windykatorami długów, instruktorami strzelania i sztuk walki, rozwozicielami pizzy, złotymi rączkami. Choć przepisy mówią, że każdy musi mieć zgodę przełożonych na taką pracę (wydawana jest maksymalnie na rok i ewentualnie przedłużana), większość nawet się o nią nie stara.

- Jak masz być biegłym sądowym, wykładowcą czy instruktorem jazdy, to szef się zgadza, ale jak chcesz być tylko ochroniarzem, to kręci nosem - tłumaczy Krystian, podkomisarz z południa Polski.

Smosarski.pl - dość represji za działalność społeczną!

Popieram Anarchizm

Innovation delivered